Dr. Wojciech Ryncarz

Wywiad z dr. Wojciechem Ryncarzem,

Od roku działa na obrzeżach Katmandu klinika, udzielająca bezpłatnie pomocy wszystkim potrzebującym. Jej zorganizowanie zostało zainicjowane przez Ciebie, Wojtku, i, jak do tej pory, jest głównie polskim dziełem. 

dr WOJCIECH RYNCARZ: Przez długi czas nie udawało się nakłonić mnie do rozmowy o tworzonej klinice. Nie chcę, by posądzono mnie o kryptoreklamę. 

Zacznijmy od początku, a więc od kolonizowanego przez Chiny Tybetu. 

W Tybecie służba zdrowia jest przede wszystkim nastawiona na miasta i lepiej służy bogatym niż biednym. Przy przyjęciu do szpitala należy wpłacić depozyt w wysokości przeciętnego dwuletniego dochodu. Umieralność dzieci wynosi 150 na 1.000, średnią długość życia szacuje się na 40 lat. Potrzeby zdrowotne ludzi, z którymi zetknąłem się w rejonie Himalajów, oraz prawie nieistniejące lecznictwo na tych terenach, skłoniły mnie do podjęcia się zorganizowania i budowy placówki opieki zdrowotnej. 

Pomyślałem, że ten naród wybrał jako jedyny oręż w walce o swoją wolność i godność konsekwentne niestosowanie przemocy. Ja, jako lekarz, mogłem im pomóc organizując opiekę medyczną. 

W ubiegłym roku spędziłeś tam – nadzorując budowę i pracując jako stomatolog – kilka miesięcy. Jak wygląda codzienne życie kliniki? 

W ciągu tych miesięcy stało się coś, czego wcześniej nie przewidywaliśmy. Ludzie zaczęli przychodzić do mnie z problemami zupełnie nie związanymi ze stomatologią. 

Najczęściej pojawiały się, prócz infekcji i zatruć, problemy skórne – grzybice, łuszczyce, łupież, zapalenia spojówek i choroby z zatokami – permanentne katary, nierzadko ropne. Wynika to z powszechnego brudu i z zapylenia powietrza – tam ziemia cały czas się pyli. Wystarczy, że przejedzie autobus czy samochód. Wszyscy plują, charczą, a dzieciaki mają gluty po pas. Takie oczyszczanie płuc przez charczenie to prawie cały rytuał. Turysta, który przyjeżdża na tydzień lub dwa albo tego nie widzi, albo brzydzą go plujący na ulicy ludzie....